Wiosna i lato 1946 roku. Polska formalnie istnieje jako samodzielne państwo, ale jej aparat władzy jest w rzeczywistości narzędziem sowieckiej kontroli. Urząd Bezpieczeństwa, zasilony doświadczeniami i metodami wypracowanymi przez NKWD, prowadzi bezwzględną wojnę z resztkami zbrojnego podziemia. Żołnierze WiN — dawni żołnierze AK, ludzie którzy walczyli z Niemcami, a teraz walczyli z komunizmem — są ścigani z całą bezwzględnością aparatu totalitarnego państwa.
Danuta Siedzikówna „Inka" znalazła się w centrum tej bezwzględnej machiny w sposób, który łączy w sobie elementy zdrady, prowokacji i dramatycznego pościgu. Wiosną 1946 roku, po akcjach przeprowadzanych przez oddział „Łupaszki" na Wybrzeżu i Pomorzu, Inka znalazła się na obszarze, który był szczególnie aktywny operacyjnie — a zarazem nasycony siecią konfidentów i tajnych agentów UB. Bezpieczeństwo miało coraz więcej informacji o strukturze i trasach przemarszu oddziałów.
Kluczowym miejscem w ostatnim rozdziale wolności Inki był Gdańsk i okolice — region, do którego 5. Brygada Wieleńska przeniosła część swojej działalności. Inka miała w tym czasie pełnić funkcję łączniczki i sanitariuszki między rozrzuconymi komórkami podziemia. Przemieszczała się, przenosiła meldunki, utrzymywała kontakty między partyzantami. Była osobą obeznaną z konspiracyjnym życiem, zachowującą pozory normalności — lecz sieć, w którą wpadła, była zastawiona z precyzją i doświadczeniem aparatu bezpieczeństwa budowanego przez lata. Ktoś — osoba z kręgów bliskich podziemiu lub wprost zwerbowany przez UB konfident — przekazał informacje o trasach i miejscach pobytu Inki. Dokładne okoliczności zdrady nie zostały w pełni wyjaśnione przez historyków do dziś, lecz faktem bezspornym jest, że aresztowanie Danuty Siedzikówny w czerwcu 1946 roku nie było przypadkowe. Było efektem celowej, zaplanowanej prowokacji.
Okoliczności bezpośredniego ujęcia są przejmujące w swojej prostocie. Inka znajdowała się w Gdańsku, prawdopodobnie realizując kolejne zadanie kurierskie, gdy agenci Urzędu Bezpieczeństwa otoczyli miejsce jej pobytu. Miała osiemnaście lat. Była sama. Nie miała szans na ucieczkę — sieć była zbyt szczelna, a element zaskoczenia działał wyłącznie po stronie oprawców. Aresztowanie odbyło się bez dramatycznej konfrontacji zbrojnej: maszyna bezpieczeństwa zadziałała metodycznie, jak dobrze naoliwiona pułapka zamykająca się na swojej ofierze.
Należy tu zaznaczyć szczególny kontekst tej ostatniej fazy działalności Inki. Latem 1946 roku komunistyczna władza nasilała represje, chcąc zdusić podziemie przed fałszowanym referendum (przeprowadzonym 30 czerwca 1946 roku) i planowanymi wyborami. Każde aresztowanie ważniejszego łącznika lub żołnierza podziemia było elementem szerszej kampanii zastraszania i likwidowania niezależnych struktur. Inka — choć młoda i pełniąca pozornie „pomocniczą" rolę sanitariuszki — była dla UB cennym łupem: znała struktury, trasy, pseudonimy, miejsca ukrycia. Była oknem do sieci, którą bezpieczeństwo chciało zniszczyć doszczętnie.
Po aresztowaniu Inka została osadzona w areszcie Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku. Formalnie postawiono jej zarzuty udziału w zbrojnym podziemiu antykomunistycznym, przynależności do organizacji uznanej przez władze PRL za nielegalną oraz uczestnictwa w akcjach zbrojnych. Zarzuty — jak w każdym procesie politycznym tamtej epoki — były sformułowane tak, by uzasadnić z góry zaplanowany wyrok. Proces miał być przykładem dla innych: bezlitosnym pokazem siły władzy, która nie zamierzała okazywać litości nawet dziewiętnastolatce.
Cały przebieg tej ostatniej misji i ujęcia Inki wpisuje się w szerszy dramat polskiego podziemia lat 1945–1947 — okresu, gdy tysiące żołnierzy AK i WiN było aresztowanych, torturowanych i skazywanych przez sądy wojskowe, które były nie organami sprawiedliwości, lecz narzędziami politycznej eliminacji. Inka była jedną z wielu — ale jej młodość, postawa i słowa wypowiedziane przed śmiercią sprawiły, że stała się ich zbiorowym głosem.